Ta zła Unia

Ta zła Unia

                Od czasu przejęcia władzy w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość mamy do czynienia z polityką negowania wszystkiego co stało się po 1989 roku. Najgorsze jest to, że PiS pali za sobą wszystkie zachodnie mosty, dając sprzeczne ze sobą komunikaty. Z jednej bowiem strony, od czasów prezydenta Kaczyńskiego, PiS zawsze powtarzało, że naszym strategicznym sojusznikiem są Stany Zjednoczone. Z drugiej zaś, minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski w swoim niedawnym wystąpieniu podkreśla, że najważniejszym sojusznikiem jest jednak Wielka Brytania. Do tego wszystkiego dokłada swoją cegiełkę Antoni Macierewicz, który dyskredytuje poziom demokracji w USA domagając się jednocześnie stałych baz NATO w naszym kraju.

                Myślałem, że po takim wstępie nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć w kwestii polityki zagranicznej. A jednak! pani premier Beata Szydło wygłosiła w sejmie manifest antyeuropejski, obrażając wszystkich Polaków, nie głosujących na PiS. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest opinia Komisji Europejskiej, mówiąca o stopniu praworządności w Polsce. Opinia ta związana jest bezpośrednio z kryzysem jaki powstał wokół Trybunału Konstytucyjnego. Powstał on po nadużyciu władzy przez odchodzącą wówczas od władzy Platformę Obywatelską, która zamiast powołania trzech sędziów, powołała ich pięciu, co skutkowało zaskarżeniem stosownej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Właśnie od tego momentu zaczął się, trwający do dziś, teatr.

                Chaos prawny i łamanie konstytucji stawiają nas w bardzo niekorzystnym świetle, zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Zdaje się, że PiS zaczęło dostrzegać ten stan rzeczy, jednak samo poproszenie o opinię Komisji Weneckiej przez ministra Waszczykowskiego spowodowało skutek odwrotny do zamierzonego, czyli zaostrzenie sytuacji. Komisja wydała zalecenia i choć nie są one wiążące, to każdy szanujący się kraj powinien je respektować, tak samo jak każda organizacja w tym również Komisja Europejska. Tymczasem nasz rząd nic sobie nie robi z opinii Komisji Europejskiej. W zamian za to postanowił zaostrzyć spór polityczny w Polsce i wpisać się w poczet społeczeństw eurosceptycznych. Trzeba jednak przyznać, że i poprzedni rząd ma w tym stanie rzeczy swój udział, gdyż Unia Europejska była przedstawiana obywatelom jedynie jako dojna krowa, dająca rozmaite fundusze strukturalne wspierające rozwój kraju (dodajmy, że Polska jest od 2004 roku ich największym beneficjentem) oraz fundatorka układu Schengen (dającego swobodny przepływ osób pomiędzy państwami wspólnoty). Gdy jednak UE zaczęła stawiać wymagania, rodacy poczuli się oszukani.

                W obliczu największego kryzysu jaki Unia przeżywa od czasu jej powstania, rząd od samego początku wykorzystuje sytuacje niepewności i strachu, podnosząc przy każdej możliwej okazji aspekt suwerenności, czyli oddzielenia się od UE. Należy jednak powiedzieć, że Polska, jak każdy inny kraj należący do wspólnoty, dołączyła do UE dobrowolnie, przyjmując zasady jakie w niej panują w zakresie prawno-gospodarczym. Wydaje się, że zapomnieli o tym politycy PiS, którzy wprowadzali nasz kraj w struktury dzisiejszej Unii. PiS postanowił zastraszyć swoich wyborców, nie myśląc jednak o konsekwencjach takiego działania w dłuższej perspektywie.

                Jestem sobie w stanie wyobrazić taki scenariusz: Wielka Brytania zostaje w UE, ale nastąpi reforma funkcjonowania Unii. Pozostaje pytanie, gdzie w tym wszystkim znajdzie się Polska, skoro teraz zrażamy do siebie wszystkich najważniejszych decydentów.

Opublikowano Informacje | Skomentuj

Razem przeciw PiS

Razem przeciw PiS

                Na jednym z portali społecznościowych KOD i opozycja zapraszały niedawno na „Marsz 7 maja”, którego hasłem przewodnim było zapewnienie, że „Jesteśmy i będziemy w Europie!”. I choć jeden marsz jeszcze o niczym nie świadczy, a deklaracji podobnych koalicji było więcej w naszej krótkiej historii parlamentarnej, to chcę wierzyć, że mamy do czynienia z przełomem!

                Wiem, że to dopiero zapowiedzi połączenia sił przez opozycję. Wiem, że uczestnicy manifestacji byli i nadal są deprecjonowani przez partię rządzącą oraz przez media, które mówiły, że tłumy niezadowolonych rodaków trochę pokrzyczą i szybko znudzą się protestami. Mimo to mam ogromną nadzieję, że data 7 maja okaże się początkiem prawdziwej dobrej zmiany w stosunkach między partiami opozycyjnymi. Ich członkowie stopniowo zaczynają dochodzić do słusznego wniosku, że w pojedynku z szaleństwem jakie funduje nam Jarosław Kaczyński, posiadający większość parlamentarną, zdziałać coś można jedynie jednocząc siły, a pojedyncze działania nie mają żadnego sensu. Wspólne działanie przeciw PiS-owi jest bardzo ważne, gdyż partia rządząca, wbrew kampanijnym zapowiedziom, uderza w porządek instytucjonalno-prawny naszego państwa, tworząc unikalny system polityczny: PiS-okrację z elementami demokratycznymi, które nie mają jednak zakłócać obranej przez Jarosława Kaczyńskiego wizji Wielkiej Polski.

                Koalicja zawiązana 7 maja ma więc ogromne znaczenie. Rząd może mówić, że manifestacja nie zrobiła na nim wrażenia, ale spór o frekwencję zdaje się temu przeczyć. Możliwe, że do świadomości prezesa Kaczyńskiego sytuacja ta jeszcze nie dotarła, gdyż oficjalne słupki poparcia przytaczane przez media państwowe, ukazują stałe poparcie dla partii rządzącej. Warto jednak przypomnieć, że i Donald Tusk i Bronisław Komorowski myśleli, że nie mają z kim przegrać. Warto wyciągnąć naukę z tej lekcji.

                Komitet Obrony Demokracji ma trudne i ważne zadanie – musi organizować opozycję, łącząc ugrupowania czysto parlamentarne z tymi bardziej „ulicznymi”. Zadaniem jest odsunięcie PiS-u od władzy. Może się tak stać nawet nie ze względu na sytuację gospodarczą kraju, a na ogólne zmęczenie Polaków ciągłymi konfliktami zewnętrznymi i wewnętrznymi.

                Pozostaje nam cieszyć się niewieloma pozytywnymi aspektami obecnej sytuacji w państwie. PiS-owi udało się zwiększyć świadomość społeczną, choć niestety tylko u niewielkiej części Polaków. Reszta uległa czarowi programu 500+, a adresaci tej pomocy nie zastanawiają się skąd płyną pieniądze.

Opublikowano Informacje | Skomentuj

Konstytucyjna wrzód-ka

Konstytucyjna wrzód-ka

                Dwa tygodnie temu prezes Kaczyński wyraził pragnienie znamy konstytucji. By tradycji stało się zadość do uzasadnienia pomysłu zostały użyte argumenty dotyczące niepełnosprawnych. Prezes wyraźnie zaakcentował, że zmiana ustawy zasadniczej jest potrzeba, by zapisać podmiotowość osób niepełnosprawnych. Z tym zgodzi się każdy, ale czy chodzi tutaj naprawdę o dobro obywateli?

                Obawiam się, że niestety intencje PiS-u nie są do końca tak czyste, jakby chcieli to przedstawić sami członkowie partii rządzącej. Od czasu przejęcia władzy PiS zdaje się negować dotychczasowy demokratyczny dorobek Polski, a więc również porządek konstytucyjny. Niezrozumiałym i wręcz cynicznym jest dla mnie użycie środowiska osób niepełnosprawnych do manipulowania opinią publiczną i do tuszowania bieżących problemów państwa.

                Partia rządząca doskonale zdaje sobie sprawę, że w obecnej kadencji nie ma odpowiedniej większości do przeprowadzenia zmian w ustawie zasadniczej, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę Ruch Kukiza, który w sprawie zmian konstytucyjnych zawarłby koalicję nawet z bandytami. Na szczęście do takich zmian potrzebne jest ogólnonarodowe porozumienie, którego w obecnym stanie skłócenia społecznego raczej nie można osiągnąć. Sytuacji tej nie da się naprawić poprzez wprowadzenie odpowiednich dyrektyw i ustaw. Zdaje się, że partia rządząca nie zdaje sobie jednak z tego sprawy i uważa, że wprowadzanie rozmaitych ustaw rozwiąże wszystkie problemy od ręki. Jednak świadomości społecznej nie da się usankcjonować żadną ustawą.

                Przerażające są obecne sondaże poparcia dla szeroko rozumianej prawicy i dla jej planów zmian prawa. Przerażające jest kupczenie argumentami oddziałującymi na emocje, tak jak w przypadku osób niepełnosprawnych. W ich, a więc i w moim, przypadku należy stosować już istniejące zapisy. Nie należy traktować nas jako karty przetargowej dla zmian o niejasnych intencjach. Tym bardziej, że proponowana konstytucja byłaby dokumentem uwierzytelniającym wizję jednego środowiska polityczno-społecznego, a nie całego narodu.

                Patrząc na obecne poczynania rządzących trudno mi sobie wyobrazić, że będą liczyli się w jakiejkolwiek kwestii z opozycją oraz z jej elektoratem, który nie dał zamydlić sobie oczu obietnicą pięciuset złotych na każde… kolejne dziecko.

Opublikowano Informacje | Skomentuj

Rzeczpospolita dobrem wspólnym jednej partii?

Rzeczpospolita dobrem wspólnym jednej partii?

Po pięciu miesiącach rządów Prawa i Sprawiedliwości okazuje się, że „dobra zmiana” wcale nie jest dobra, jest raczej niebezpieczna. W moim przekonaniu mamy bowiem od pewnego czasu do czynienia z łamaniem artykułu drugiego konstytucji: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.

Partia rządząca wydaje się być wyznawcą zasady – kto nie jest z nami ten przeciwko nam. Można zrozumieć taki sposób myślenia u prezesa partii Jarosława Kaczyńskiego, jednak niepokojące jest, gdy przerzuca się ten model funkcjonowania na działanie społeczeństwa. Mówię tu o wyraźnie wyczuwalnej  wrogości i podejrzliwości wobec siebie, które widać nie tylko na salonach politycznych, ale także w domach obywateli. Prof. Jadwiga Staniszkis, nazwana przeze mnie niedawno „nawróconą”, określiła styl rządzenia naszym państwem jako połączenie autorytaryzmu z  elementami bolszewizmu. Nie chcę być aż tak radykalny w swoich ocenach, gdyż jednak pan prezes w swoich władczych zapędach okazał w pewien sposób łaskę obywatelom w postaci Programu 500+. Jednak obawiam się, że w dłuższej perspektywie coraz bardziej ujawniać się będą prawdziwe problemy, zdefiniowane w ideologii PiS jako naprawa wymiaru sprawiedliwości. Chodzi mi tu nie tylko o podporządkowanie instrumentów oddziaływania na społeczeństwo, ale także o „wyjaśnienie” tragedii smoleńskiej.

Wracając do Programu 500+ – w moim przekonaniu nie ma on na celu wzrostu dzietności w Polsce. Jego prawdziwym przeznaczeniem jest zniechęcenie obywateli do świata zewnętrznego. Jak to jest możliwe? W budżecie państwa pieniądze na Program 500+ są zabezpieczone tylko na ten rok. Jak wiemy jest to jednak wydatek sztywny budżetu, czyli taki, który przez wiele lat powinien być uwzględniany. Wyobraźmy sobie więc, że za rok wpadamy ponownie w procedurę nadmiernego deficytu. Wtedy rząd PiS ogłosi, że chce dla obywateli jak najlepiej, ale zła Unia zabiera Polsce pieniądze. Tym sposobem partia rządząca chce skupić w swoich rękach całą władzę i odciąć społeczeństwo od UE.

Widzę w tym całym zamieszaniu jeden pozytyw – zaczynamy stawać się powoli społeczeństwem obywatelskim. Niestety przed nami jeszcze długa droga. Miejmy nadzieję, że do egzekwowania demokracji nie będą mam potrzebne doświadczenia ukraińskie.

 

Opublikowano Informacje | Skomentuj

Polityka kupiecka zwana prorodzinną

Polityka kupiecka zwana prorodzinną

To że politycy w kampanii wyborczej zmieniają się w świętych mikołajów i obiecują rzeczy, które później okazują się pustymi obietnicami jest, niestety, zupełnie normalne. W przypadku sztandarowego programu PiS „Rodzina 500 +” jest inaczej – obietnica ta ma zostać zrealizowana. Jakim jednak kosztem?

Krótko po wyborach zaczęło się – brutalne realia budżetowe szybko pokazały, że Polski na zapowiadany wydatek zwyczajnie nie stać. Trzeba więc było ogłosić wielką, narodową niemal, zbiórkę pieniędzy. Jestem przekonany, że w dłuższej perspektywie nie przyniesie to spodziewanych, idealistycznie założonych, efektów w postaci zwiększenia się populacji w naszym kraju. Boję się, że całe przedsięwzięcie odniesie skutek wręcz przeciwny, pogłębiając i tak niemałe podziały naszego społeczeństwa dowodem na to  jest wyż demograficzny lat 80- tych.

Z jednej strony można powiedzieć – 500zł na dziecko, kto by się nie cieszył? Z drugiej jednak diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Ekonomia tego typu działań polega bowiem na tym, że żeby komuś coś dać to komuś innemu trzeba zabrać. Instrumentem finansowania programu ma być podatek bankowy, aukcja częstotliwości LTE jako źródła jednorazowego przychodu do budżetu państwa i podatek od sklepów wielko powierzchniowych. Rząd założył, iż prowadzący biznes myślą lewacko i nie obracają się w sferze rynkowego realizmu lecz gospodarki ideowej, czy mówiąc wprost – centralnie sterowanej. Problem naszego społeczeństwa tkwi w tym, że ludzie dostrzegają tylko to co jest namacalne i nie starają się spojrzeć na daną sprawę z szerszej perspektywy. I tak przyklaśnięto programowi 500+, choć jego zrealizowanie obciąży samych beneficjentów. Trudno bowiem uwierzyć, że sklepy czy banki same zapłacą podatki, nie podnosząc cen świadczonych usług, czy dostarczanych produktów.

Odnosząc się jeszcze do głównego założenia „Rodziny 500+” warto zwrócić uwagę, iż program ten nie może zmienić sytuacji demograficznej, ponieważ w polityce prorodzinnej chodzi o stwarzanie dobrych warunków do posiadania potomstwa. Niewielki zastrzyk finansowy skierowany do pojedynczych rodzin nie poprawi warunków na oddziałach położniczych, nie stworzy nowych, dobrze zarządzanych placówek edukacyjnych, ani nie zmieni podejścia pracodawców do osób posiadających dzieci.

Wszystko to sprawia, że PiS pod względem propagandowym wyprzedził nawet, słusznie minioną, epokę Edwarda Gierka, w której dobrobyt realizowany był za wszelką cenę – nawet za cenę wysokiego deficytu i konsekwencji z tym związanych. Każdy przyszły rząd będzie miał problem, aby wycofać się z tego programu… chyba, że czeka nas grecki scenariusz i zostanie nam odgórnie narzucone zaciskanie pasa.

Opublikowano Informacje | Skomentuj

Nawróceni

Nawróceni

Minęły już ponad trzy miesiące samodzielnych rządów Jarosława Kaczyńskiego… Tak, celowo piszę o rządach prezesa PiS, gdyż nawet najzagorzalsi zwolennicy Andrzeja Dudy muszą przyznać, że to właśnie Kaczyński wiedzie prym w podejmowaniu decyzji i przewodzeniu państwu.

Prezydent jawił się w kampanii wyborczej jako młody, wykształcony człowiek gwarantujący zmianę w dotychczasowym sposobie prowadzenia polityki. Wielu uwierzyło w tę kreację i oddało głos na Andrzeja Dudę, co pociągnęło za sobą sukces Prawa i Sprawiedliwości w kolejnych wyborach. Przyczyniły się do tego również media, które dzień w dzień prezentowały wszystkie wpadki Platformy Obywatelskiej. Jest to oczywiście normalną praktyką mediów, jednak warto zwrócić uwagę na działania ekspertów zapraszanych w tamtym czasie do debat. Niemalże w każdym programie publicystycznym owi eksperci nawoływali wręcz do odsunięcia PO od władzy. Teraz nagle ci sami ludzie są zaszokowani nową rzeczywistością. Teraz nagle Jadwiga Staniszkis, czy Leszek Balcerowicz zaczynają opowiadać się przeciw  „dobrej zmianie”, a  przynajmniej dostrzegają z pełną jaskrawością to, że Jarosławowi Kaczyńskiemu wcale nie chodzi o rozwój gospodarczy, czy o spadek bezrobocia, a o wdrożenie jego wizji państwa.

Wizja ta nie opiera się na przykładzie Węgier, ani żadnego innego państwa – Jarosław Kaczyński chce bowiem przejść do historii tworząc unikalne państwo hybrydowe, oparte na pięknych sloganach i dotkliwych represjach dla nieprzychylnych władzy obywateli. W tym państwie wszystkie posunięcia partii rządzącej usprawiedliwiane będą tym, że „taka była wola wyborców”. Utwierdzi to stały, twardy elektorat w słuszności wyboru, pytanie jednak co z pozostałą częścią narodu? Czy znajdą się jakieś hamulce dla partii rządzącej, pozwalające na zachowanie elementarnych zasad demokracji?

Niestety nie widzę szans na rozłam w obecnie panującym układzie. Przez najbliższe cztery lata będzie trzeba mocno zagryźć zęby i bardzo uważnie przyglądać się działaniom rządu. Można odnieść wrażenie, że czekają nas ciężkie, choć niewątpliwie ciekawe, czasy. Pytanie tylko czy uda nam się zbliżyć lub choćby wytrwać we wspólnocie europejskiej, czy uczynimy krok ku republikom byłego Związku Radzieckiego.

Widzimy bowiem wyraźnie, że kierunek polityki zagranicznej jest zgoła odmienny od dotychczasowego. Polska jako kraj, który jest wciąż na dorobku, nie może sobie pozwolić na wymachiwanie szabelką – nie stać nas bowiem na podjęcie działań wojennych. Zauważają to nagle nawet eksperci. Jednak czy Jan Rokita lub Włodzimierz Cimoszewicz są jeszcze autorytetami w tej dziedzinie?

Opublikowano Informacje | Skomentuj

Dobra zmiana…?

Dobra zmiana…?

Prawie miesiąc po wyborach parlamentarnych opada kurz kampanijnych obietnic, dzięki którym Prawo i Sprawiedliwość odniosło podwójny sukces – wyborczy i partyjny. Idąc z hasłem dobrej zmiany dla Polski partii udało się nie tylko wygrać wybory, ale także dokonać rzeczy historycznej w dziejach polskiego parlamentaryzmu po 1989 roku – zdobyć samodzielną większość, opierającą się o 236 mandatów w sejmie. Jeśli dodać do tego wygraną w majowych wyborach prezydenckich kandydata Prawa i Sprawiedliwości to można śmiało powiedzieć, że partia Jarosława Kaczyńskiego ma niczym nieograniczoną władze w państwie.

Co gorsza, jak pokazują ostatnie wydarzenia, władza ta ma być władzą absolutną, pozbawioną jakichkolwiek mechanizmów pozwalających na jej kontrolę. Pomijam już kwestię „drobnych” oszustw wyborczych, takich jak zapowiedzenie przez Beatę Szydło, że Jarosław Gowin obejmie tekę Ministra Obrony Narodowej (jak się później okazało został  nim  ostatecznie były minister Antoni Macierewicz, co wydaje się z góry ukartowanym przedsięwzięciem). Najważniejszym i najbardziej zatrważającym zagadnieniem jest szybkość przejmowania władzy. Bije ona na głowę tempo, w którym Platforma Obywatelska wraz z PSL przyjęła ustawę o otwartych funduszach emerytalnych. Było to negatywnie komentowane wśród ówczesnej opozycji. Obecnie PiS spieszy się ogromnie w przypadku zmian ustawy o Trybunale Konstytucyjnym oraz w kwestii ważnych decyzji personalnych. Ten swoistego rodzaju wyścig ma pokazać obywatelom, że rząd Prawa i Sprawiedliwości jest rządem sprawiedliwym. Problem w tym, że partia rozpoczęła swoje rządzenie od demontowania ustrojowych organów państwa demokratycznego.

Z nadejściem nowej władzy nadchodzą więc nowe porządki… niby rzecz zupełnie normalna, jednak sposób w jaki owe porządki się przeprowadza przywodzi na myśl władzę absolutną, nie mającą nic wspólnego z dobrą zmianą, o której PiS tyle mówiło w kampanii wyborczej, zarzucając równocześnie przeciwnikom straszenie PiSem – widać lęk przed tą partią był, przynajmniej w części, uzasadniony. Wydaje się, że od jakiegoś czasu sprawy państwa i obywateli zeszły na dalszy plan, a Jarosław Kaczyński, bo nie mam złudzeń, że to on w rzeczywistości wydaje dyrektywy Beacie Szydło i Andrzejowi Dudzie, zaczął od demontażu konstytucji i ustroju państwa. Wielu obywateli nie wie na czym polega zadanie Trybunału Konstytucyjnego dlatego łatwo można nimi manipulować.

Wszystko to pokazuje w jakim stylu PiS chce sprawować władzę – mydląc oczy nierzeczywistymi obietnicami (takimi jak np. 500 zł na dziecko) i zmieniając ustawę zasadniczą tak, by służyła ona partii rządzącej. Nie myślałem, że będę kiedyś zmuszony to napisać, ale czekam z niecierpliwością, aż ludzie wyjdą na ulicę i powiedzą dość temu systemowi. Chciałbym, by obywatele sami zorganizowali się w stowarzyszenia domagające się swoich praw… głosowanie bowiem przeciwko komuś nie jest zasadne – jak widać po ostatnich wydarzeniach, osiąga to odwrotny efekt do zamierzonego… odwrotny i na dodatek trudny do odwrócenia.

Opublikowano Informacje | Skomentuj

Referendum – akt wyborczy czy zbędny wydatek?

Referendum – akt wyborczy czy zbędny wydatek?

Referendum jako narzędzie porozumiewania się władzy z obywatelami jest instrumentem przydatnym o ile nie jest przejawem braku elementarnej wiedzy o tego typu przedsięwzięciach. Brak takiej wiedzy można jeszcze usprawiedliwić w przypadku Pawła Kukiza – muzyka, który wypłynął dzięki głoszeniu inicjatywy ruchu obywatelskiego, opowiadając się za JOW-ami (jednomandatowymi okręgami wyborczymi). W jego opinii JOW-y są lekarstwem na wszystkie bolączki naszego kraju, od szkolnictwa po sądownictwo, choć jest to oczywiście absurdem. Kukiz zdobył dzięki temu 20% głosów. Wynik ten spowodował natychmiastowe zainteresowanie ze strony kandydatów ubiegających się o prezydenturę. Dzień po przegranej pierwszej turze wyborów, prezydent Komorowski niczym dobry wujek zwrócił się wprost do wyborców Pawła Kukiza, ogłaszając referendum w sprawie JOW-ów. Ta wyborcza zagrywka nie przyniosła jednak spodziewanego efektu i w II turze Komorowski przegrał z kandydatem zjednoczonej prawicy – Andrzejem Dudą. Paradoksalnie dopiero w tym momencie zaczęła się dyskusja na temat samego referendum oraz pytań w nim zawartych:

  1. Czy jesteś za wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych?
  2. Czy jesteś za zniesieniem finansowania partii politycznych z budżetu państwa?
  3. Czy jesteś za rozstrzyganiem wszelkich wątpliwości na korzyść podatnika?

Nie mogę tu nie zauważyć, że ostatnie pytanie jest groteskowe, gdyż żyjemy w państwie demokratycznym, w którym działanie organów państwowych na rzecz obywateli powinno być rzeczą niepodlegającą żadnej dyskusji. Dodatkowo przepisy tego typu zostały już uchwalone przez parlament. Kolejną sprawą wartą uwagi jest to, kto miałby decydować o rozstrzyganiu wątpliwości na korzyść podatnika. Jeśli sami urzędnicy to mam poważne wątpliwości, czy nie będzie to kolejny martwy zapis w naszym systemie prawnym.

JOW-y – czym tak naprawdę są jednomandatowe okręgi wyborcze?

Kiedy czytamy o JOW-ach na stronie internetowej ruchu obywatelskiego na rzecz jednomandatowych okręgów wyborczych dowiadujemy się, że:

  1. Dzielą one Polskę na 460 równych okręgów wyborczych do sejmu;
  2. Wygrywa ten kandydat, który zbierze największą liczbę głosów w danym okręgu wyborczym;
  3. Wystartować może praktycznie każdy obywatel, nie musząc tworzyć żadnych struktur partyjnych;
  4. JOW-y charakteryzują się prostą metodą liczenia głosów.

Dodatkowo zakłada się obywatelski i medialny nadzór nad głosowaniem w obwodach oraz publiczne liczenie głosów w danym okręgu. Z tym wszystkim bywa jednak różnie. Jest bowiem wiele przykładów na negatywne oddziaływanie takiego systemu, szczególnie w przypadku mechanizmu kontrolnego w postaci mediów. Ich oddziaływanie (negatywne lub nie) można zaobserwować w Platformie Obywatelskiej, w której wielu polityków odeszło na skutek presji mediów.

Warto przypomnieć, że w Polsce mamy już okręgi jednomandatowe w senacie i w wyborach do rad gmin. Na tym przykładzie doskonale widać, że taki sposób wyboru swoich przedstawicieli wcale nie odpartyjnia sceny politycznej. Osobiście  uważam  że taka ordynacja wyborcza, przy obecnej świadomości społecznej i obecnym zaangażowaniu w życie publiczne obywateli, spowoduje efekt odwrotny do zamierzonego. Nie oznacza to, że nie należy dyskutować nad kształtem ordynacji wyborczej, czy wręcz całego systemu partyjnego w naszym kraju. Stawiałbym tutaj jednak najpierw na edukację, gdyż większość głosujących nie ma pojęcia jakie prawa i obowiązki ma osoba, na którą głosują. Większość z nas wie tylko, że takiej osobie przysługuje uposażenie, a jej zadaniem jest wykonywanie woli danej partii. Niestety taki obraz został wypracowany przez polityków w naszym kraju i myślę, że nie jest on kwestią ordynacji wyborczej, ale raczej stylem uprawiania polityki przez partie polityczne.

Pytanie dotyczące metody finansowania partii politycznych również nie powinno być postawione w takiej formie. Przy obecnym zróżnicowaniu gospodarczo-społecznym zniesienie finansowania partii przez państwo mogłoby w jeszcze większym stopniu podzielić ludzi na uprzywilejowanych i  nieuprzywilejowanych. Dlatego uważam, że należałoby raczej zastanowić się nad tym jak ulepszyć obecny system. Chodzi głównie o zwiększenie kontroli nad tym ile i na co wydają poszczególne partie z budżetu państwa.

Osobiście na referendum 6 września się nie wybieram, gdyż uważam  je za niepotrzebny instrument drugiej już kampanii wyborczej. W kampanii tej widać wyraźnie, że partie nie są zainteresowane samą promocją referendum, a  jedynie akcją propagandową, w której stawką jest to czyje pytania są dla Polski istotniejsze. Uważam więc referendum za niepotrzebny i nic nie wnoszący wydatek, służący tylko i wyłącznie walce politycznej i dzieleniu Polaków.

Opublikowano Informacje | Skomentuj

POLSKI POTENCJIAŁ GPSPODARCZY

Tekst ten powstał w oparciu o obserwacje sytuacji gospodarczej, zaistniałej po niespodziewanej śmierci Jana Kulczyka. Dla jednych był on oszustem i złodziejem. Inni, w tym i ja, uważali go za niezastąpionego wizjonera i promotora polskiej jakości.

W naszym kraju trwa ostatnio nieustająca kampania wyborcza, podczas której politycy prześcigają się w przedstawianiu obywatelom propozycji dogodzenia w ten lub inny sposób. Przeradza się to w licytację nierealnych pomysłów dotyczących zagadnień socjalnych i gospodarczych. Jesteśmy także przyzwyczajani do tego, że stanowimy tanią siłę roboczą dla bogatych krajów zachodu. W żadnej wypowiedzi nie słyszy się natomiast recepty na te bolączki. Zamiast tego jesteśmy raczeni wytartymi sloganami, opierającymi się o utopijne wizje innowacyjności rozwoju gospodarczego i dorównywanie bardziej rozwiniętym krajom, takim jak USA czy Niemcy. Tymczasem nasz obecny system gospodarczy oparty jest na połączeniu haseł postpeerelowskich (takich jak: „czy się stoi czy się leży 1000 zł się należy”) i utyskiwania mówiącego, że wszystko co w gospodarce złe swój początek ma w Unii Europejskiej.

Wydaje mi się, że w naszym kraju znaleźć można wielki potencjał ludzki, który może postawić gospodarkę na nogi. Zapał młodych jest jednak tłamszony, zarówno w prywatnym procesie wychowawczym, czyli w domach, jak i przez władzę państwową. Polega to na wmawianiu młodemu człowiekowi egocentryzmu i niemożliwych do zaspokojenia mocarstwowych ambicji lub (w przypadku partii opozycyjnych) gloryfikowaniu wizji nacjonalistycznej republiki i promowaniu ciągłego negowania obecnego stanu rzeczy.

Tymczasem w naszym kraju pojawiają się tacy ludzie jak, wspomniany we wstępnie, Jan Kulczyk. Pokazał on swoją działalnością, że da się zbudować dobrą polską markę, rozpoznawalną nie tylko w kraju, ale i poza jego granicami. Był on typem przedsiębiorcy, na którym powinno się wzorować, gdyż promował nie tylko eksport polskich produktów i rodzimej myśli technicznej, ale także podejmował kreatywne działania biznesowe w innych częściach świata.

Uważam, że Polska straciła jeden z najważniejszych personalnych filarów gospodarczych. Zapewne długo będziemy czekać na kolejnego człowieka o podobnym sposobie myślenia i równie wielkich umiejętnościach. Żadne zapowiadane w trakcie kampanii wyborczych przez polityków zmiany nie zmienią bowiem mentalności w podejściu do kwestii ekonomiczno społecznych – zmiany takie musimy wypracować sami, np. w oparciu o przykład Kulczyka. I nie chodzi mi o skalę działania ala o sposób myślenia o gospodarce.

Opublikowano Informacje | Skomentuj

Polska w strefie Euro?

Polska w strefie Euro?

 

To, że Polska weszła w struktury Unii Europejskiej, jest uznawane za ogromny krok w rozwoju naszego pastwa, zarówno w sferze gospodarczej, jak i kulturowej. Przypomnę – Polska weszła do UE 1 maja 2004 roku po referendum, w którym Polacy wyrazili chęć członkostwa we wspólnocie.

Od tego momentu na mocy art. 4 Traktatu Akcesyjnego nasz kraj bierze udział w trzecim etapie Unii Gospodarczej i Walutowej ze statusem kraju z derogacją. Oznacza to, że Polska jest zobowiązana do przyjęcia wspólnej waluty po wypełnieniu warunków określonych w Traktacie o funkcjonowaniu UE. Tylko Wielka Brytania i Dania posiadają klauzulę opt-out, tj. obywatele tych państw samodzielnie mogą zadecydować o tym, czy i kiedy przystąpią do strefy euro.

Straszenie rodaków w przedbiegach kampanii greckim scenariuszem jest nie tyle straszne co śmieszne, ponieważ ani pani premier Kopacz, ani kandydatka na premiera – pani Szydło nie są w stanie określić kiedy przystąpimy do strefy euro. W obecnej sytuacji jest to działanie na szkodę naszego kraju, co nie oznacza, że Polska nie może dążyć do wypełnienia tzw. Kryteriów Konwergencji, które niewątpliwie prowadzą do stabilności finansów publicznych. Jednak sam spór uważam w tej chwili za bezprzedmiotowy i nierzetelny. Wydaje się również, że większość obywateli myli samo wchodzie do strefy euro z przygotowaniem się do tego kroku. W celu przyjęcia wspólnej europejskiej waluty trzeba spełniać, wspomniane już, Kryteria Konwergencji – jednym z nich jest utrzymanie deficytu budżetowego na określonym poziomie. W sytuacji wyborów parlamentarnych nie jest to jednak za wygodnym hasłem.

Myślę, że w kontekście finansów publicznych PiS powinien być wdzięczny Grekom, gdyż ich położenie pozwala unikać merytorycznej rozmowy o kwestiach euro w Polsce. Według mnie na razie nam to nie grozi. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że szykuje się nam odwrót w drugą  stronę, co w kontekście sytuacji międzynarodowej i tworzących się w Europie stref dwóch prędkości w perspektywie dekady może nam tylko zaszkodzić.

Opublikowano Informacje | Skomentuj